Nie musisz znać angielskiego, żeby zacząć własny biznes.

Nie musisz znac angielskiego, zeby zaczac wlasny biznes

Ta cała nauka języków obcych… Okazuje się, że problem jest nie tylko z powodu niemocy (nie mogę się tego angielskiego nauczyć). Problem jest poważniejszy – natury psychologicznej . Po przeczytaniu tego wpisu przestaniecie uważać, że brak znajomości języka angielskiego Was ogranicza.

Najczęstsze problemy z nauką angielskiego

  • Największy problem, taki okrutnie ciążący na młodzieży to to, że mają przekonanie, że skoro nie znają języka angielskiego płynnie, to na jakąkolwiek karierę nie ma szans.
  • Druga sprawa – wstyd im, że angielski mają na takim słabym poziomie i onieśmiela ich to w podejmowaniu działań.
  • Kolejny – brak przekonania, że się tego języka kiedykolwiek nauczy, ale nie można się nie uczyć. Taka paskudna pułapka. Więc chodzimy udręczeni na lekcje bez przekonania.

Znam to bardziej, niż dobrze. Chodziłam na całą masę kursów z angielskiego. Nie lubiłam żadnego z nich. Zawsze to było na siłę. A nawet nie szło mi najgorzej. Ale jak skończyłam studia i już nie musiałam tych kursów zaliczać, to poczułam wielką ulgę, że wreszcie nie będę musiała w październiku dukać przy wszystkich po angielsku, o tym co robiłam na wakacjach. Tak wyszło, że w pracy nie był mi potrzebny angielski, wiec sporo ze mnie wyparowało i teraz mój poziom angielskiego określiłabym tak:

nie zginę w świecie, ale nie raz zrobią mnie w balona.

Zaplecze pełne tajemnic

Dorabiałam kiedyś na studiach w banku. Siedziałam na takim zapleczu i testowałam system, wprowadzałam dane i takie tam. Okazało się, że pokój w którym siedzę, to takie potajemne miejsce spotkań. W nim można było porozmawiać na osobności.  W nim się kłócili, obgadywali, odpoczywali. Nikt się nie przejmował Kasią, która tam z boku tłucze w klawisze. Zupełnie. Po paru tygodniach lepiej wiedziałam co się dzieje na piętrze, niż niejeden zasłużony wieloletni pracownik 🙂 Urozmaicali mi tam czas 🙂

i prywatne lekcje…

W tym moim pokoju odbywały się też prywatne lekcje angielskiego dla pracowników wyższego szczebla. I teraz puenta: jakbyście słyszeli, jak ci dyrektorzy na tych lekcjach dukają, jak się denerwują, jak się zachowują, jak reagują, kiedy dostają ćwiczenie do zrobienia. Byli jak małe, wkurzone dzieci. Oburzał się jeden z drugim np. jeśli w zadaniu pisemnym musieli, w tym samym gramatycznym czasie, napisać coś 10 razy. „Przecież pięć wystarczy! Ja naprawdę nie mam czasu na takie wypisywanie w kółko tego samego!” Tak było.

Ich prywatni nauczyciele mieli najgorsza robotę, bo uczyli podstaw zmęczonego i zestresowanego faceta pod 40-tkę, który „nie życzył sobie zadań domowych” i próbowali najdelikatniej na świecie, żeby nie stracić roboty, wyjaśnić, że dwa razy po 45 minut w tygodniu to niewiele da 🙂 A ten jeszcze ćwiczeń nie chciał robić na lekcji 🙂 Cyrk na kółkach 🙂

Miał prawie 40 lat i dalej ten sam problem – muszę, ale nie mogę się nauczyć. Kazali mu, płacili za te lekcje, ale tak naprawdę był w banku sztab tłumaczy i chodziło tylko o to, żeby co nieco kumał na telekonferencjach prowadzonych w języku angielskim. Nie miał prawdziwej potrzeby opanowania tego języka, bo specjalistą był w czym innym. I nie on jeden był tak dręczony. Panie kierowniczki-uczennice były jeszcze mniej cierpliwe dla swoich nauczycieli. Brak angielskiego tuszowały nieustannym uświadamianiem wszem i wobec wielkości swojego stanowiska. Cały ten układ był do kitu.

Potrzeba matką… daru nauki angielskiego

Warto znać język angielski (języki obce w ogóle). Na pewno warto. Ale jestem przekonana, że nie każdy ma możliwości, żeby się nauczyć tego uczęszczając na lekcje. Warto znać podstawy i próbować, ale sama wiem, jak taka nauka na siłę wygląda.

Tutaj, dla rozładowania i rozrywki, odeślę Was do skeczu:

Cejrowski – nie warto uczyć się języków

Jeśli widzicie siebie, pnących się po szczeblach kariery w dużej i nowoczesnej korporacji i uśmiechacie się na ten widok, to sorry batory nie ma wyjścia – trzeba spiąć poślady i wkuwać słówka. A na zapleczu wymęczą Was, żebyście coś tam kumać zaczęli, potem mówić zaczęli.

Ale jeśli chcecie być choć trochę przedsiębiorczy i próbować zdziałać coś samemu na ojczystej ziemi, zarobić pieniądze na własnych interesach, to płynny angielski w mowie i piśmie do niczego nie jest Wam potrzebny! Prosze opisac swoj ubior po angielsku

 

Powiedzcie, kto Wam broni rozwijać biznes, na początek, na całą Polskę?

A jak już rozwiniecie na całą Polskę, to sobie wyjedziecie do anglojęzycznego kraju na rok wakacji, wchłoniecie angielski i poszerzycie zasięg działania firmy na cały świat.

Naprawdę nie ma się czym przejmować. Ja wiem, że trzeba przedmiot w szkole jakoś zaliczyć, potem trzeba kurs na studiach zaliczyć – pozaliczajcie, ale się nie przejmujcie. Znam sporo osób, które wyjechały za granicę i pięknie mówią po angielsku bez specjalnych lekcji. Nauczyli się, bo musieli. Pojawiła się prawdziwa potrzeba i marne dwójki z lekcji angielskiego przestały mieć znaczenie – opanowali język.

Jak pojawi się prawdziwa potrzeba to każdy z Was nauczy się języka obcego. Potrzebą nie wydają się lekcje i kursy. 

A klikając w to zdanie, poznacie pomysły na „biznes po Polsku”.

Powodzenia i noł stres! 🙂

ps. a teraz poproszę jeszcze o lajki wszystkich, którzy z anglika problemy mieli, żeby się młodzieży, która w upale ćwiczy do wakacyjnych poprawek, raźniej zrobiło 🙂

2 Replies to “Nie musisz znać angielskiego, żeby zacząć własny biznes.

  1. Kasia, poruszyłaś w tym poście kilka ważnych aspektów.
    Czy brak angielskiego to przekreślenie kariery? Może i nie do końca, ale na pewno zamyka wiele drzwi, przez które możnaby przejść znając angielski.
    Teraz uwaga! Wcale nie trzeba go znać perfect czy płynnie. Na początku wystarczy znać na poziomie Kali-się-jakoś-dogadać, potem przydadzą się chęci i nauka.
    Wstyd i onieśmielenie. To właśnie te czynniki najbardziej moim zdaniem wpływają na brak naszych postępów w nauce języków obcych.
    No bo przecież nie odezwę się do nikogo po angielsku skoro mój akcent pozostawia wiele do życzenia, zapominam albo nie znam wielu słówek, a do tego moja gramatyka kuleje. Nie ma mowy, prawda?! N I E P R A W D A.
    Olej. Nie przejmuj się. Trenuj w praktyce. Mów. Co jest Twoim największym demonem i sprawia Ci największy kłopot? Mówienie? Pisanie? Słówka? Zacznij od tego, skup się na tym bardziej. Jak się w tym podciągniesz – inny obszar będzie słabszy to wtedy skup się na nim.
    Mój angielski jest daleki od doskonałego, a jednak nie przeszkadza mi to prowadzić wywiady z moimi zagranicznymi gośćmi oraz pisać blog po angielsku. Oczywiście, że są tam błędy. Ale dzięki temu ćwiczę.
    Dlatego ciągle stosuj różne metody nauki. Może to być kurs online (polecam etutor.pl), może to być nauka w szkole języka (ja wybrałem kiedyś naukę metodą Callana – ponieważ wtedy zależało mi na naciku na mówienie i słuchanie), mogą być fiszki, podcasty lub audiobooki po angielsku, filmy z napisami (bez lektora!)
    Gdy otaczasz się czymś ciągle – Twój mózg sam przyswaja informacje nawet gdy wydaje Ci się, że tak nie jest.
    Mi też nauka angielskiego zawsze szła jak po grudach. Hm… nadal idzie. Chociaż jest o niebo lepiej niż 3 lata temu było.
    Co zatem zrobiłem?
    Wyjechałem do Anglii. Nauczony doświadczeniem, że najlepiej i najszybciej się czegoś uczyć ciągle i na codzień to ćwiczyć. Obcować z tym.
    Nauka angielskiego to proces. U mnie trwał i trwa od wielu lat: rok na studiach zaocznych, potem parę lat w szkole językowej (dwa razy w tygodniu) i ciągle czułem, że mało umiem, chociaż mój poziom angielskiego podnosił się, tylko poziom mojego zadowolenia nie bardzo.
    Od 3 lat uczę się angielskiego w UK, w praktyce. Codziennie. W pracy, na ulicy, w sklepie, przez telefon. Ale na początku i to było mało – trzeba było się szybko „podciągnąć”. Dodatkowo była więc szkoła językowa, nadal kurs online, gazety i książki.
    Po dwóch latach pobytu osiągnąłem to po co przyjechałem – komunikatywny angielski. I zgadnij co? Nadal nie jestem zadowolony!
    Bo ciągle sobie podnoszę poprzeczkę 🙂
    Ale z drugiej strony jest tu wielu polaków, którzy mieszkają wiele lat i nadal prawie nic nie umieją wydukać. Dlaczego? Bo nie chcą.

    Teraz wracając do… czy trzeba? No nie trzeba.
    Czy warto? Moim zdaniem bardzo.
    Czy na siłę? Absolutnie nie. Zacznij od kursu online – poświęć 15-30 minut dziennie. Dużo? Nie żartuj. Na odcinkek serialu na Netflixie albo film z DVD tracimy więcej.
    A jak już oglądasz film – myślałaś o obejrzeniu go po angielsku? Tylko daj głośniej, żeby lepiej słyszeć wypowiadane dialogi.

    Dobra, wystarczy. Miał być zwięzły komentarz, a wyszedł post na bloga 😉 Może kiedyś rozwinę te myśli i przepiszę po angielsku na swoim blogu.
    Best regards!

    1. I takie właśnie prawdziwe historie przemawiają najdosadniej. Myślę, że jest spora szansa, że po przeczytaniu mojej i Twojej, niejedna osoba zmieni stosunek do nauki języków, a conajmniej przestanie się nią zadręczać. Uczenie się jest absolutnie ekstra sprawą, tylko trzeba odpowiednio podejść do tego. A „otaczanie się językiem obcym” to namilsza mi forma wchłaniania języka angielskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *