Bloger na rozdrożu. Trudne początki.

bloger na rozdrozu

Wciąż mogę pisać, że to są początki, bo blog będzie miał we wrześniu 2018 dopiero rok. Trudne początki. Przyszedł taki moment, który postanowiłam opisać, choć jak zaczynałam byłam pewna, że takich „byle jakich” wpisów nigdy nie będzie.

Mój kochany mąż Bartek, chcąc wesprzeć moje działania, kupił mi książkę Michała Szafrańskiego „Zaufanie, czyli waluta przyszłości”. Książkę bardzo popularnego blogera. Jestem w trakcie czytania jej, bo oczywiście, jak wszystko, robię to małymi ratami. Książka jest prosta, jest konkretna, jest ważna i myślę, że jeszcze się o niej kiedyś rozpiszę. Ale ponieważ jest to książka autorytetu, który opowiada o swoim blogowaniu, to nie sposób jest nie wyciągać z tych stron lekcji dla siebie. Autor pisze w niej też o o ciężkich momentach. Postanowiłam, że swoje też opiszę.

Każdy wpis miał być przydatny, jakoś cenny na swój sposób. Ale czy ten taki będzie, to nie mam pewności. Coś mnie jednak w środku męczy, żeby to puścić w świat…

Z każdym miesiącem coraz ciężej jest czasowo godzić blogowanie, pracę i dom.

Jak zaczynałam to było naprawdę sporo roboty z samą stronką. Nigdy wcześniej nie postawiłam strony sama od A do Z. Stronka jest zbudowana na WordPressie i wykorzystuje konkretny szablon, więc dla specjalistów stwierdzenie, że ją postawiłam, pewnie jest co najmniej śmieszne, ale daleko mi do informatyka, więc ślęczałam przy tym szablonie, żeby zmienić kolor tu czy tam, całymi godzinami.

Ale udało się coś zbudować, więc wydawałoby się, że wystarczy pisać, ładnie ułożyć tekst na stronie i powtarzać czynność ze dwa razy w miesiącu. Ale nie – to nie tak. Mój blog, to nie tylko jest pisanie, żeby ktoś poczytał. Plan od początku jest bardziej ambitny. Chcę, aby strona zaistniała w sieci. Chcę, aby można było się pochwalić ilością odwiedzin. W związku z tym nie wystarczy tylko pisać.

Blogowanie – takie na serio, okazało się nieustannym czytaniem.

Ostatnio tyle czytałam chyba w podstawówce. Wtedy były to lektury, teraz są to poradniki, blogi, ebooki, strony w internecie, książka Szafrańskiego 🙂

Tak już mam, że jak za coś się biorę to albo na maksa albo wcale. Taka przypadłość to często prawdziwe utrapienie, ale w pracy podejście to najczęściej się opłaca. Czytam więc, uczę się, jak prowadzić dobrze blog. I jak już wiem, co robić i mam plan, to mąż książkę kupuje 🙂 I Szafrański podpowiada, że to trochę inaczej się robi, niż ja planowałam. Dużo już wiem, jeszcze więcej nie wiem, ale mam problem, bo są różne szkoły. Nie wiem, w którym kierunku iść, więc czytam dalej i ostatnio coraz bardziej nie wiem…  Taki kryzys początkującego blogera.  Jedni twierdzą, że każdy zadbany blog się obroni. Inni, że blog powinien trzymać się jednego tematu, bo tylko wtedy może się wybić. Jeszcze inni, że im więcej tematów poruszasz, tym lepiej ta różnorodność wpłynie na pozycjonowanie. Książka Michała to kolejne wskazówki w inną stronę. Za dużo tego. Jak zdecydować, kto ma racje, skoro każdy autor ma ekstra stronę i osiągnął cel?

Jeden wpis to wiele czasochłonnych zabiegów.

Tak się wkręciłam w to porządne blogowanie, że zastanawiam się na położeniem każdego zdania, nad użytą w tytule cyfrą, nad powagą zdjęcia, nad czcionką, nad pogrubieniem cyfry, nad dodanymi tagami. Zanim napiszę nagłówek, czytam poradnik o tworzeniu i umiejscowieniu nagłówków – a to, wbrew pozorom, ogrom wiedzy.

Blog musi mieć regularne wpisy – to podstawa, więc nie każdy mój wpis jest zgodny ze wskazówkami (bo nie nadążam o nich poczytać i je zastosować), a to już dla mnie pewna bolączka. Ostatnio zaczęłam sprawdzać nawet, o której godzinie najlepiej publikować wpis i w jakie dni tygodnia – czy ja już wariuję? Generalnie mam przekonanie, że nie. Wiem, że idealnie się każdego wpisu zrobić nie uda, ale wiem, że te szczegóły są naprawdę ważne. Ale zmęczona jestem.

Poza szczegółami liczy się jeszcze kierunek, w jakim blog zmierza. I tu też – co poradnik, to co innego okazuje się najważniejsze.

Nie wiem co robić, więc dłubię przy blogu.

Mam takie uczucie, że nie robię nic konkretnego z tym moim biznesem pasywnym. Że cele mam rozbieżne, że nie idzie to do przodu. To znaczy idzie to do przodu, bo codziennie coś tam dłubnę przy blogu, ale brak mi konkretnych osiągnięć. I niby wiem, że to trzeba tak zwyczajnie pielęgnować, jak hodowaną od podstaw roślinkę. I niby wiem, że to chuchanie jest ważne. Naczytałam się, wiec wiem, że każdy, nawet ukryty, opis zdjęcia jest ważny. I znam, wydaje się już naprawdę sporo zasad SEO, więc wiem, z czym to się je i dlaczego czasem jest gorzkie. I niby to wszystko wiem, a i tak dopuszczam myśli typu: przecież ty już nie wiesz co robić, tracisz czas. No i właśnie to takie dłubanie, które niby wiem, że jest potrzebne, tak mnie zniechęca. Tylko robienie konkretów daje mi ulgę przy zasypianiu i poczucie spełnienia na koniec dnia. Tylko jak wykonam zaplanowaną robotę, to jestem spokojna, że coś zrobiłam. Dopieszczanie bloga przestało mnie chwilowo satysfakcjonować.

Skrupulatności mówię dość!

W ramach buntu postanowiłam, że ten wpis, to moje niniejsze marudzenie i ubolewanie to będzie ZWYKŁY WPIS. Wpis bez grafiki (jednak nie wytrzymałam i jest grafika), wpis bez przemyślanego układu, bez tego całego SEO-kombinowania. Nie nadaję fraz kluczowych, nie spełniam podpowiedzi wtyczki, nie linkuje, olewam komunikaty typu: „Rozważ dodanie odnośników”. Nie układam wpisu w żadnej przemyślanej kolejności. Nie czytam tekstu przez pół miesiąca po 20 razy.  Przecinki mam gdzieś. Zarobiona jestem, przyziębiona i mam dość!

Jeśli ktoś z Was uważa, że jego dopingujący komentarz pod wpisem zabrzmi kiczowato, zabrzmi jak wymuszone litowanie się lub nie zostanie doceniony – to jest w błędzie. Wsparcie jest ważne, jest potrzebne i każdy go czasem potrzebuje.

Tekst został napisany pod wpływem mało pozytywnych emocji i opublikowany bez korekty – każdy poradnik odradza takie działania na stronach 🙂

 

 

12 Replies to “Bloger na rozdrożu. Trudne początki.

  1. Cierpienia młodego blogera. Też to mam, ale liczę, że wytrwałość nas zbawi;) wielu wielkich ludzi odniosło sukces, bo nie zrażali się potknięciami, tylko zawsze szli naprzód. Trzymam kciuki:)

  2. Kasiu trzymam za Ciebie kciuki 🙂 trafiłam do Ciebie od Kasi Pszonickiej i na pewno będę wracać. Od ponad trzech miesięcy jestem mamą i doskonale Cię rozumiem, choć pewnie mam mniej obowiązków (dom, jedno dziecko, własna firma). Przeczytałam kilka Twoich artykułów i w wielu tematach zaskakująco jesteśmy zgodne. Nie tylko początkujące blogerki mają takie przemyślenia, ja bloguję już od 6 lat 🙂

    1. Nawet nie wiesz, jak mi się raźniej robi po takim komentarzu. Bardzo dziekuję. Pewnie jeszcze sporo trudności przede mną, ale pisanie na blogu daje dużą satysfakcję, a komentarze i wiadomości dużego kopa do działania. Pozdrawiam do zobaczenia/przeczytania na naszych blogach!

      1. I widzisz? Taki post, który nie jest doskonały pod kątem wszystkich parametrów, o jakich mówią książki i kursy blogowe, wywołał taki odzew. Czasem właśnie brak perfekcji przyciąga jak magnes.

        1. No dokładnie, książkowe postępowanie czasem trzeba sobie odpuścić. Ale ja tak mam, że wciąż się zastanawiam, czy to dobrze, że go opublikowałam 🙂 Ale wciąż się uczę, a zainteresowanie tym wpisem i komentarze dużo dają mi do myślenia 🙂

  3. Kasia, nie bój nic! Każdy miewa chwile zwątpienia i zmęczenia. Jeśli mogę udzielić niezamawianej rady to nie myślałbym o blogu w kategoriach pasywanego biznesu i konieczności zarabiania na nim. Rób to co sprawia Ci przyjemność, pisz o sprawach codziennych, dotyczących wielu rodzin i/lub kobiet, znajdź swój kierunek, ale nie skupiaj się na nim bardzo mocno (na razie). Po prostu pisz. Pisz, bez czytania po 20 razy – napisz raz, sprawdź raz i publikuj. Każdy może popełnić błąd i dobrze – jesteś wtedy autentyczna, a przy okazji się uczysz. Dzięki temu nie zmarnujesz energii i chęci potrzebnych do napisania kolejnego posta. Z każdym napisanym postem będzie Ci szło coraz szybciej i bezbłędniej. Ruch na stronie pojawi się wraz z powiększającą się treścią.
    Ja też bym chciał mieć na swoim blogu regularność, ale na razie udaje mi się to tylko z podcastem, który pojawia się raz na miesiąc oraz krótki cotygodniowy „Last Week Reading”. Dłuższe artykuły zabierają już nieco więcej wysiłku, ale i na nie próbuję znaleźć czas. Czy myślę o CEO? Parę razy coś przeczytałem, ale na pewno daleko u mnie do perfekcji w tym zakresie. Co robię? Nie przejmuję się tym tylko piszę dalej. Jak wpadnie mi w ręce jakiś ciekawy poradnik to może zastosuję kilka trików i coś się polepszy.
    Nie zmuszaj się, bo się wypalisz. A wtedy po zabawie. Just do it for fun.
    Pozdrawiam z wyspy.

    1. Dokładnie tak powinnam zrobić. Odpuścić trochę i po prostu pisać bez tego całego analizowania. Za duże ciśnienie mam. Do pisania się nie zniechęcę – nie ma szans, ale to całe dbanie o blog – tu zagrożenie wypaleniem jest bardziej realne, więc odpuszczam na jakiś czas. Jak dobrze, że napisałeś. Raźniej mi. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *